Fort III - fakty

Mazowiecka katownia 1939 - 1945

Fort III w Pomiechówku codziennie mija tysiące ludzi. Tuż przy nim biegnie trasa tranzytowa z centralnej Polski na Podlasie i Mazury. Niewiele osób wie, że przejeżdża obok jednego z najbardziej tragicznych miejsc na Mazowszu. Jest to miejsce straszne, naznaczone krwią, cierpieniem i śmiercią tysięcy ludzi.


Architektura Fortu

Pod względem architektonicznym Fort III w Pomiechówku nie wyróżnia się niczym szczególnym. Zbudowany w 1883 r. równolegle z pierwszymi dwoma fortami Twierdzy Modlin, jest bardzo dobrze zachowany. Ma kształt trapezu. Wyposażony jest standardowo w ceglane koszary szyjowe 17-komorowe, przykryte ziemią. Ma cztery dziedzińce wewnętrzne, przedzielone krytymi ziemią kazamatami. Na dziedzińcach jest w sumie 5 zespołów kazamat ceglanych, wzmacnianych betonem, wszystko jest osłonięte wałem. Fosę w szyi fortu chroni mur Carnota – jedyny zachowany w modlińskich fortach. Dostępu do szyi fortu i koszar broni połączona z murem kaponiera szyjowa. Przeciwskarpa głębokiej fosy jest betonowa na całej długości.
W przeciwskarpie są dwie kaponiery barkowe i jedna czołowa z przelotnią. Na wale, w barkach Fortu znajdują się dwa betonowe tradytory.


Pierwsi więźniowie

Niemcy już w październiku 1939 r. dokonali podziału polskich ziem. Północną część Mazowsza wcielili do Rzeszy, nazywając ją Rejencją Ciechanowską. Teren ten miał być poddany akcji wysiedlania Żydów i Polaków wrogo nastawionych do III Rzeszy. Wypędzanie ludzi do Generalnej Guberni zaczęło się już w grudniu 1939 r.  Do 1942 r. wysiedlono ok. 25 tysięcy polskich chłopów. Zanim trafili oni do miejsca docelowego, byli przetrzymywani w zbiorczych obozach przejściowych. Jednym z nich był Fort III w Pomiechówku, do którego w ramach akcji przesiedleńczej od marca 1941 r. trafili rolnicy z okolic Płońska, Sochocina i Nasielska oraz duchowieństwo z kościoła mariawickiego z Felicjanowa.

Rozpoczęły się najczarniejsze dni w historii Pomiechówka. Warunki, w jakich przebywali wysiedleńcy były straszliwe. Ludzie spali na betonowej podłodze, w przepełnionych celach.
W obozie panował głód, tylko raz dziennie więźniowie otrzymywali miskę rozwodnionej zupy
z brukwi i buraków pastewnych.

Funkcjonariusze odnosili się do więźniów z okrucieństwem i sadyzmem: Schulz przyszedł do obozu i uderzył Łazarską, która zamknęła okiennice chroniąc dzieci przed zimnem. Wskutek uderzenia wybił jej parę zębów i spowodował duży upływ krwi (...) W czerwcu Schulz poszczuł psem osłabionego głodem Polaka. Po krótkiej szamotaninie na placu pozostały zbroczone krwią zwłoki ludzkie.


Żydzi w Forcie III

Do czerwca 1941 r. część ocalałych więźniów polskiego pochodzenia wypuszczono, pozostałych skierowano na roboty do Niemiec, natomiast w Forcie zaczęto osadzać Żydów
z pobliskich miasteczek, którzy nie posiadali dokumentów meldunkowych.

I tak do Pomiechówka Niemcy zaczęli zwozić Żydów z Nowego Dworu Mazowieckiego, Płońska, Mławy, Ciechanowa, Bodzanowa, Sierpca, Bieżunia, Zakroczymia i Raciąża. Celem tych działań było zmniejszenie zagęszczenia ludności w gettach miasteczek północnego Mazowsza.

Więźniowie oprócz głodu, braku wody i ogromnego zagęszczenia doświadczali bestialstwa ze strony strażników wywodzących się z lokalnych volksdeutschów oraz ze strony żydowskiego policjanta – Majlocha Hoppenbluma. Śmiertelność wśród przetrzymywanych była bardzo wysoka, nagminnie wykonywano egzekucje a ludzie masowo umierali w wyniku brutalnych pobić.

Nadzór nad działalnością więzienia – obozu w Forcie III sprawowali gestapowcy – komisarz Schaper z Nowego Dworu Maz. Oraz SS – Sturmannfuhrer Schultz z Ciechanowa. Na czele więzienia stał komendant. Oprócz funkcjonariuszy gestapo i SS w skład załogi wchodzili strażnicy (wachmani) i pracownicy administracji. Wywodzili się przeważnie z volksdeutschów
i kolonistów niemieckich (Aleksander Repsch z Nowego Modlina, Bracia Wendt z Nowego Dworu Maz.). Właśnie tę ostatnią grupę cechowała szczególna brutalność i okrucieństwo.

W dniu 6 lipca do Pomiechówka dotarło ok. 2000 Żydów z getta w Nowym Dworze Maz.,
z Zakroczymia (107 osób) i Płońska (1200 osób) - ci dotarli do fortu 9 lipca. Przebywali sześć tygodni w szesnastu salach w koszarach Fortu do 14 sierpnia 1941 r.

Rady żydowskie z Płońska i Nowego Dworu starały się otoczyć opieką  Żydów uwięzionych w Pomiechówku i wysyłały im paczki żywnościowe. Szczególnie przewodniczący płońskiego Judenratu - Jakub Ramek zasłużył się o organizowaniu pomocy więźniom Pomiechówka.

Pierwsze dni w Forcie III tak wspominał mieszkaniec Nowego Dworu Abram Błaszka:

Ruszyliśmy w kierunku Modlina (…), gdy skręciliśmy na most narwiany, każdy zdawał sobie sprawę, że prowadzą nas do fortów w Pomiechówku. I tak rzeczywiście było. Po godzinnym marszu byliśmy pod wrotami tego przeklętego fortu. Przy wejściu przeliczyli nas i zaprowadzili do wnętrza. Szturmista podzielił nas po celach po około 200 osób i rozkazał usiąść na asfalcie.
W celach panowało milczenie (…) Każdego trapiła ta sama myśl: Co będzie dalej? Co zrobią
z nami? Czy wyjdziemy stąd żywi?

Następnego dnia rano poczuli wielki głód, zewsząd słyszalny był płacz dzieci. Matki starały się je uspokajać, ale nic nie pomagało. Płacz i krzyki wzrastały. Przed południem przeprowadzono rewizję i kazano wszystkim opuścić cele. Na dziedzińcu stał stolik, przy którym siedział żandarm. Obok niego stali dwaj szturmiści, jeden z nich Wilhelm Netzel volksdeutsch z Nowego Dworu zwany był „mistrzem bicia Żydów”. Uderzał każdego i zabierał nawet 5 feningów.

Każdy dowód został zabrany (…). Po co wam dowody, skoro i tak stąd nie wyjdziecie – mówił Netzel. Koniec rewizji. Na stoliku leżała pełna kupa pieniędzy. Wróciliśmy do swoich cel. Wieczór już zapadał. Zmęczeni i wygłodzeni, wyciągnęliśmy się na asfalcie i zasnęliśmy twardym snem.

Następnego dnia pod bramę Fortu przybyła okoliczna ludność i przerzucała chleb  przez płot. Tłum rzucał się na bochenki i rozrywał je na drobne kawałki. W kolejnych dniach strażnicy już nie dopuszczali miejscowych w pobliże Fortu. Po południu przyjechał wóz z chlebem od nowodworskiego judenratu. Niemcy ustawili Żydów w długiej kolejce i dawali stojącym po jednej kromce. Wieczorem rozdział chleba zakończono i wpędzono ludzi do cel.

O północy ruch. Krzyk, hałas, zgiełk. Przywieźli Żydów z Płońska. Pobici, z obandażowanymi głowami, weszli z hałasem do swoich cel i wyciągnęli się na swoich tobołkach.

W Forcie brakowało wody. Gdy po raz pierwszy pojawiła się beczka z wodą, zapanowała powszechna radość. Przy beczce uformowała się natychmiast kolejka.

Cóż znaczyła jedna beczka dla tylu ludzi. Ludzie stali się zwierzętami, jeden wyrywał drugiemu z tak wielkim trudem zdobytą wodę, a koniec był tego taki, że drogocenny napój zostawał wylewany na ziemię. Niemcy nie mogli utrzymać porządku i zaczęli strzelać w tłum. Kosztowało to życie 16-letniego chłopca, a i wielu innych zostało rannych.

Beczka szybko się opróżniała, więc do wożenia wody zgłosiło się 15 więźniów. Wożenie wody było dla nich możliwością opuszczania Fortu kilka razy dziennie. Poza tym miejscowi chłopi ze Stanisławowa wspierali ich mlekiem, chlebem i kartoflami.

Wody stale brakowało, przez pierwsze cztery tygodnie ludzie w ogóle się nie myli. Wśród więźniów panowało ogromne zawszenie.

Do bolesnych faktów w obozie trzeba zaliczyć działalność żydowskiej milicji. Dziewięciu Żydów z opaską na lewym ramieniu i gumową pałką w prawej ręce pilnowało porządku w celach
i na dziedzińcu Fortu. Podlegali bezpośrednio naczelnikowi obozu – Zydlerowi. Przywódcą tej
9-osobowej bandy był Żyd z Nowego Dworu, „król żydowski” – Majloch Hoppenblum. Znany był
z tego, że chodził po celach z pałką i bił, musiano mu ustępować z drogi, jak Niemcom.

Oba judenraty – nowodworski  i płoński posyłały do Pomiechówka wozy z żywnością.
Z Nowego Dworu przywożono chleb i zupę w kotłach, z Płońska tylko suchy prowiant. Oprócz tych dwóch społeczności żydowskich żywność dostarczały Zakroczym i Nowe Miasto. Dzieleniem jedzenia zajmowała się grupa Majlocha, która najczęściej przejmowała żywność i paczki przychodzące do obozu, i dzieliła między sobą. Przestępstwa te powtarzały się nagminnie i przez niemiecką załogę były tolerowane i popierane. Gdy Endel z Sierpca poszedł meldować, że nie otrzymał paczki, bo ją Majloch skradł – został przez Niemców rozstrzelany.

Najbardziej hańbiąca była działalność Majlocha w stosunku do chorych. Niemcy obawiali się w obozie epidemii, więc każdego chorego izolowali w osobnej celi tzw. „szesnastce”. Większość chorych rozstrzeliwano:

Zobaczyłem, że ci jeszcze żyją i chcą piasek sypany na twarz otrząsnąć rękami, zdębiałem ze strachu. Stojący obok mnie szturmowiec z wyciągniętym w moją stronę karabinem przynaglał mnie, grożąc, że jeśli nie wykonam polecenia, mnie też każe wtrącić do tego grobu.

Selekcję chorych w celach przeprowadzał właśnie Majloch i on decydował o życiu lub śmierci więźniów. Za pieniądze można było się u niego wykupić. Majloch szybko dorobił się majątku.

W końcu przyszedł kres jego poczynaniom. Gdy z Płońska przyjechały dwa wozy
z żywnością Majloch spoliczkował rozdzielającego paczki Szlomo Fuksa z płońskiego judenratu. Ten powiedział do wszystkich: Żydzi, od jutra będzie inaczej.

Rzeczywiście, nazajutrz do Pomiechówka przyjechał samochód z Płońska z tamtejszym prezesem Judenratu Jakubem Ramkiem. Majloch został z Fortu zabrany i powieszony w Płońsku. Od tej pory w obozie zrobiło się trochę lżej.

W nocy z 3 na 4 sierpnia zaczęło się istne piekło. Niemcy byli pijani chodzili po celach
i wybierali najładniejsze dziewczyny, zabierali je ze sobą i gwałcili. (…) Nad ranem rozległy się strzały. Następnego dnia wybrali więźniów do kopania grobu, po skończonej pracy wszystkich rozstrzelali. Śmierć stała się codziennością. Na ogół umierali mężczyźni.

Groby były masowe, po około 50 osób. Nie zasypywano ich, dopóki nie były pełne.

Po sześciu tygodniach pod bramę Fortu podprowadzono ok. 200 podwód, aby wszystkich ocalałych wywieść z III Rzeszy do Generalnej Guberni. Na szosie prowadzącej z Nowego Dworu do Jabłonny, tuż przy granicy w Skierdach wozy zatrzymano i podpalono. Kazano nam iść w lewo. Kto miał siły, ten szedł, słabych spychano do ognia i strzelano do nich.

Strażnicy krzyczeli: Precz do Warszawy jeść obierki, groch i zacierki. Ludzie całą noc włóczyli się po lasach i polach aż wreszcie dotarli do Ludwisina (dziś dzielnica Legionowa), gdzie chłopi ich nakarmili i napoili. Stamtąd udali się do getta do Warszawy.

Tak zakończył się pobyt żydowskich więźniów w Pomiechówku.


Więzienie karno - śledcze

Po usunięciu z Fortu III Żydów, Niemcy przeprowadzili na terenie obozu  prace budowlane, przerabiając go na więzienie karno – śledcze, swego rodzaju obóz koncentracyjny.
Tę funkcję pełnił aż do końca wojny. Przetrzymywano w nim uczestników zbrojnego podziemia, okolicznych rolników podejrzewanych o współpracę z partyzantami, zbiegłych z gett
i ukrywających się po lasach Żydów, a w końcowym okresie – radzieckich jeńców i niemieckich dezerterów.

Były więzień obozu Władysław Grylak tak wspominał to miejsce:

Obóz w Pomiechówku mogę krótko określić jako jedną z największych katowni i najbardziej ohydne miejsce zbrodni jakie istniało podczas okupacji na terenie III Rzeszy i terenach zagarniętych przez wojska niemieckie. Stwierdzam to z całą odpowiedzialnością. Podczas okupacji przeszedłem aż przez 5 obozów hitlerowskich – Pomiechówek, Oświęcim, Mauthausen, obóz
w Jugosławii i Neumark. Katownia w Pomiechówku pod każdym względem była najgorsza.
W najbardziej zwyrodniały sposób faszyści niemieccy znęcali się nad więźniami. Więźniów mordowano masowo, bez jakichkolwiek podstaw, w sposób szczególnie wyrafinowany
i zwyrodniały. W Pomiechówku było również najgorsze wyżywienie i najgorsze warunki sanitarne.

Na tzw. „górce”, w prawej stronie czoła fortu zbudowano 19-metrowej długości szubienicę. Niemcy jednorazowo wieszali na niej 40 osób. W tygodniu odbywała się jedna, czasem dwie takie egzekucje.

Ludzie przebywali w pomieszczeniach Fortu w całkowitych ciemnościach, na betonie.
W niektórych celach po kostki w wodzie. Było tak ciasno, że w wielu celach ludzie leżeli na betonowej posadzce bokiem. Za posłanie służyła więźniom słoma, w której roiło się od wszy.

W kwietniu i maju 1943 r. Niemcy rozbili dowództwo Gwardii Ludowej w Płocku.
Do Pomiechówka trafiło kilkudziesięciu działaczy PPR. Wśród trzydziestu skazanych na powieszenie byli dawni aktywiści KPP — Jan Orliński, Lucjan Piotrowski, Adam Iwański, Adam Ulicki; radykalni ludowcy — Stefan Nowak, Jan i Stanisław Rumiankowie, Zygmunt Szewczykiewicz, Jan Sobiecki, Szczepan i Wawrzyniec Siedlichowie. Wszyscy oni byli członkami Rewolucyjnych Rad Robotniczo-Chłopskich („Młot i Sierp"), następnie PPR — wśród nich Jan Wilczyński, były dowódca GL okręgu płockiego, Antoni Kurach, dowódca GL powiatu płockiego; pozostali byli aktywistami PPR i GL.

Władysław Grylak wspominał: W obozie w Pomiechówku przebywałem w okresie od
6 maja 1943 r. do dnia 17 listopada 1943 r. W Forcie III jednorazowo przebywało około 700—800 więźniów. Rotacja więźniów w obozie była bardzo duża. W okresie, gdy ja przebywałem w obozie, hitlerowcy mordowali przeciętnie 30—40 więźniów każdego dnia. Wyjątkowym dla mnie dniem podczas pobytu w obozie był dzień 12 lub 13 listopada 1943 r. Wtedy to właśnie hitlerowcy powiesili na terenie obozu 30 więźniów (członków PPR). Wśród powieszonych był mój rodzony brat, Tadeusz Grylak, który liczył 17 lat.

W dniu 15 kwietnia 1943 r. do Fortu trafiła 300-osobowa grupa wysiedlonych mieszkańców wsi z terenów Puszczy Kampinoskiej – Zamościa, Górek, Zamczyska, Nart. Rolnik Józef Bargieł z Zamościa, stwierdzał: 15 kwietnia 1943 r. zostałem zabrany w czasie obławy przygotowanej przez Niemców do obozu w Pomiechówku. Byłem w grupie 300 osób, byliśmy
z trzech wiosek. 24 czerwca 1943 r. zwolniono nas 7 osób. Moi bracia, Władysław i Franciszek, zginęli w Pomiechówku. Największym okrucieństwem odznaczali się gestapowcy Ciborowski
i Plewko. Ciborowski odbił mi jedno płuco i złamał żebro. Leczę się na to do chwili obecnej. Byłem zatrudniony na terenie obozu przy kopaniu ziemi, podszedł do mnie Ciborowski i trzonkiem od szpadla uderzył mnie kilka razy w plecy, złamał mi żebro. Widziałem również, jak Ciborowski bił
w podobny sposób innych więźniów, lecz nazwisk ich nie pamiętam. Widziałem, jak psy szczute były przez gestapowców — szarpały Kościńskiego, Orzechowskiego z Zamościa.

Stanisław Kościński z Zamościa tak zapamiętał Fort III: 15 kwietnia 1943 r. zostałem zabrany razem z 16-letnim synem Janem do obozu w Pomiechówku. Kto i dlaczego mnie zabrał, tego nie wiem. W obozie syn umarł z głodu. Kiedy otrzymałem miskę z gorącą zupą i postawiłem na ziemi, żeby ostygła, podszedł do mnie nieznany Niemiec, pytał, co ja robię, a kiedy odpowiedziałem, że studzę zupę, kopnął miskę, wylał zupę, a mnie pobił dotkliwie laską. Niemcy sprowadzili wóz konny, kazali więźniom załadować ziemię, a następnie 10 więźniów pchało ten wóz, a Niemcy kijami bili więźniów, ażeby ten wóz ciągnęli. Ponieważ więźniowie osłabieni, wycieńczeni z głodu nie mieli siły pchać wozu z miejsca, Niemcy kijami bili więźniów. Mnie Józef Ciborowski poprzetrącał ręce trzonkiem od szpadla i do chwili obecnej mam je bezwładne. Kiedy wracałem z łaźni, widziałem, jak brata mojej żony, Władysława Piotrowskiego, prowadzili
z przesłuchania. Był cały pokrwawiony i na drugi dzień zmarł.

Więźnia miał prawo bić, a nawet zabić każdy z funkcjonariuszy. Dlatego też stosunek strażników i gestapowców wobec więźniów cechował się nieludzkim okrucieństwem. Koniecznie trzeba też dodać, że w skład załogi oprawców wchodzili lokalni volksdeutsche z pobliskich Gałach (Czesław Bross, Roman Bross, Edward Bross),  Bronisławki (Józef Ciborowski), Stanisławowa (Helena Mudrow, Konstanty Mudrow, Grzegorz Mudrow) Nowego Modlina (Robert Heigel, Aleksander Repsch, Jerzy Scherfer).

Często więźniów szczuto psami: Jedną ręką byłam przykuta do ściany, drugą starałam się bronić przed psem. Pies poszarpał mi całe ubranie, a poza tym gryzł mnie po całym ciele. Najwięcej pies ten pogryzł mnie w nogę – tak zeznała więźniarka Marianna Truszczyńska, którą bił i szczuł psem gestapowiec Wendt z Nowego Dworu.

W Forcie mordowano złapanych w okolicy, ukrywających się Żydów. W dniu 20 marca 1943 r. wachman Zygmunt Studziński wraz z innymi Niemcami przyprowadził do Fortu czternaścioro żydowskich dzieci ukrywających się w lesie pod Pomiechówkiem. Dzieci te, w wieku od 2 do 14 lat, na zapleczu Fortu zostały rozstrzelane. Prawdopodobnie w takich okolicznościach zginął Izrael Słucki, ukrywający się z rodziną w Kosewku.

Józef Olszewicz, rolnik, który w latach 1941–1944 woził ziemniaki do obozu
w Pomiechówku wspominał: Otrzymałem z majątku przepustkę, na podstawie której zezwalano mi na wjazd z ziemniakami na teren obozu w Pomiechówku. Przypominam sobie, że w skład załogi obozu wchodził między innymi będący w stopniu podporucznika Jerzy Scherfer. Scherfera znałem
z okresu przed wybuchem II wojny światowej, był on mieszkańcem tej samej wsi Nowy Modlin.
Na początku mojej pracy w obozie byłem świadkiem następującego zdarzenia: było to chyba
w lutym albo w marcu, widziałem, jak Niemcy jechali bryczką zaprzężoną w dwa konie, do konia była przykuta łańcuchem właścicielka sklepu spożywczego z Kroczewa, Jędrachowa, a do bryczki byli również przykuci łańcuchami: aptekarz z Zakroczymia Kowalewski, nie znany mi zakonnik kapucyn oraz nie znany mi nazwiskiem weterynarz. Osoby przeze mnie wymienione zostały zawiezione do trzeciego fortu i tam rozkuto ich z łańcuchów. Po rozkuciu z łańcuchów z bryczki zeskoczył Jerzy Scherfer i inny gestapowiec, po czym obaj zaczęli bić po twarzy i po całym ciele gumowym kablem osoby, które były przykute łańcuchami. Ja to zdarzenie obserwowałem będąc w bezpośredniej odległości od miejsca zdarzenia. Pytałem się Jerzego Scherfera, dlaczego biją tę kobietę, którą znałem osobiście. Scherfer odpowiedział mi: «budują Polskę podziemną». Scherfer był gestapowcem, miał na czapce znak trupiej czaszki. Następnie jeden z gestapowców zaprowadził Kowalewskiego, zakonnika i weterynarza do bunkra i tam ich zamknięto. Jerzy Scherfer zaprowadził Jędrachową do biura. Ja przed biurem zrzuciłem ziemniaki i przez okno obserwowałem, co się dzieje w biurze. Widziałem przez okno, jak Scherfer kazał położyć Jędrachowej ręce na stół i drewnianą linijką przyciskał jej całym ciężarem palce do blatu stołu. Słyszałem, jak pytał ją, gdzie jest jej syn. Jędrachowa odpowiedziała, że nie wie, gdzie jest jej syn. Scherfer trzymał lewą ręką Jędrachową za włosy i bił ją po głowie trzymanym w prawej ręce gumowym kablem. Następnie wepchnął ją do znajdujących się obok drzwi, które prowadziły do lochu, i drzwi zamknął. Nadmieniam, że Scherfer nie miał u lewej ręki trzech palców. Na drugi dzień przyjechałem do obozu ze słomą i widziałem we wnęce trzeciego fortu powieszoną na żelaznym haku — wmurowanym do ściany — Jędrachową. Jędrachowa była zaczepiona hakiem za szczękę
i wisiała nago. Ja nie wiem, gdzie podziały się zwłoki Jędrachowej.

Oprawcy wymyślali najróżniejsze tortury. Najczęściej stosowali tzw. „stójkę”. Polegała ona na związaniu w przegubie rąk, które więzień miał złożone na plecach. Następnie podciągano go do takiej wysokości, na wmurowanych w ścianę kółkach, aby jego stopy nie dotykały ziemi. Kara ta była niesłychanie bolesna, stąd też w jej trakcie więźniowie tracili z bólu przytomność. Ze względu na konsekwencje, jakie niosła ze sobą była ona także bardzo niebezpieczna. Na skutek bowiem, długotrwałego wiszenia na „kółkach” więźniom zrywały się ścięgna ramion. W wyniku tego następowała utrata władzy w rękach. Do „kółek” przykuwano też więźniów w celu ich zagłodzenia. Stanisław Walicki, więziony od 17 listopada 1943 do 16 marca 1944 r. opowiadał: Widziałem jak czternastoletnią dziewczynkę przykuto do kółka w ścianie. (...) Widziałem, że stała ona czternaście dni, aż zmarła.

Kółka te do dziś można zobaczyć. Są wmurowane w narożnikach pomieszczeń (dawniej zbiorowych cel) w koszarach szyjowych Fortu.


Martyrologia inteligencji polskiej

W Pomiechówku ginęła także inteligencja, nauczyciele, księża, lekarze. Wśród zamęczonych znaleźli się aresztowani w wiosną i latem 1943 r. członkowie AK: Jan Bieniek, wikariusz z Nasielska ks. Bronisław Dobrowolski (aresztowany w lutym), Józef Załęski – komendant placówki w Nasielsku, Edward Królak – drogomistrz, Jerzy Suwiński – student, podchorąży artylerii, Stanisław Jędraszko – Dyrektor spółdzielni „Rolnik”, Mieczysław Laskowski – właściciel księgarni, Antoni Sas – rzeźnik, Kazimierz Pianowski – student farmacji z Nasielska nauczyciele: Marceli Rzewnicki kierownik szkoły w Wębinach, Adam Zygmunt Zyblewski z Pułtuska, Władysław Rutkowski kierownik szkoły powszechnej nr 1 w Pułtusku, Stanisław Kamionowski kierownik szkoły w Leszczydole, Wacław Jeżółkowski kierownik szkoły w Karolinowie.

Jan Bieniek, organista z Nasielska i nauczyciel muzyki w płońskim gimnazjum, tuż przed śmiercią stwierdził: Ja umieram, ta operacja ze mną już się powtarza kilka razy. Gdy tracę przytomność, polewają mnie wodą i znów puszczają psy, ale nic im nie powiedziałem. Pozdrów żonę i dzieci. W obozie w Pomiechówku zostali zamordowani dwaj lekarze z Mławy: dr Józef Witwicki i dr Michał Łojewski. W maju 1943 r. z rąk oprawców zginął lekarz Szczuk z Serocka.

Więzień Edward Woźniak zeznał: Widziałem, jak do obozu przyprowadzili księży, po pół godzinie słychać było jęki, szczekanie psów, prawdopodobnie zostali rozszarpani przez psy.

W obozie tym także zostali zamordowani: były poseł Julian Łabęda i wiceprezydent Gdyni Aleksander Jezierski.

Masowe morderstwa

W dniu 31 maja 1943 r. w zbiorowej egzekucji powieszono w Forcie III 49 osób – głównie członków AK z Płońska, Nowego Miasta i Nasielska, w tym m.in. ks. Dobrowolskiego. W dniu
25 czerwca powieszono 152 osoby z wiosek z terenu Puszczy Kampinoskiej (46 osób zwolniono
z więzienia). W lipcu 1943 r. powieszono ok. 100 osób. Kolejna masowa egzekucja 150 więźniów odbyła się w sierpniu 1943 r. W listopadzie śmierć na szubienicy poniosło 36 osób, 12 grudnia około 200 więźniów, pod koniec miesiąca Niemcy rozstrzelali 130 osób. W styczniu 1944 r. na „górce” powieszono 193 więźniów, 4 lutego 123 osoby.

W 1943 r. do Pomiechówka przywieziono dziesięciu podoficerów 11. Pułku Ułanów Legionowych stacjonującego przed wojną w Ciechanowie oraz z posterunku Straży Granicznej
w Ciechanowie. Żołnierze, w wieku od 33 do 49 lat zostali w Pomiechówku zamordowani. Istnieją rozbieżności co do okoliczności ich śmierci. Dwa źródła pisane podają, że wszyscy zginęli  zamurowani żywcem w bunkrach.

Ostatnia masowa egzekucja jest związana z postępami na froncie Armii Radzieckiej, która w lipcu 1944 r. zbliżała się już do linii Wisły. Niemcy podjęli decyzję o ewakuacji Fortu III, by więźniowie nie zostali uwolnieni przez nadchodzących Rosjan.

W dniu 29 lipca 1944 r. w sobotę, Niemcy popędzili ocalałych przy życiu więźniów na stację w Modlinie, gdzie miał oczekiwać pociąg ewakuacyjny. Do godzin popołudniowych pociąg jednak nie nadjechał, wobec czego zdecydowano o powrocie więźniów do Fortu.

Więźniów zmuszono do kopania dołów. Następnego dnia, w niedzielę 30 lipca odbyła się masowa zbrodnia. W ten upalny dzień więźniowie szli na egzekucję oszołomieni, chwiejąc się na nogach. Wielu miało ręce powiązane drutem kolczastym. W miejscu egzekucji stał taboret, na nim wiadro z wodą. Niemcy, z powodu gorąca co chwilę obmywali sobie ręce i polewali się wodą. Przed południem zaczęli zabijać: Pod obozem słyszałyśmy (...) pojedyncze strzały. Strzałów tych było bardzo dużo. Słychać je było niemal bez przerwy od godziny jedenastej do  godziny osiemnastej w niedzielę 30 lipca 1944 roku. Strzały te słychać było w bardzo krótkich odstępach czasu (...) słyszałyśmy ich ponad dwieście. Śmierć wówczas poniosło 281 osób.

Po wykonaniu tej straszliwej egzekucji została zniszczona obozowa dokumentacja,
a następnego dnia Fort był chwilowo opuszczony. W dniu 1 sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie, trwała też wielka bitwa pancerna wojsk niemieckich i radzieckich pod Radzyminem. Dopiero po ustabilizowaniu się sytuacji na froncie (wygrana bitwa pancerna i zamknięcie walczącej Warszawy), na przełomie sierpnia i września Fort znów stał się miejscem, w którym więziono Polaków. Tym, razem byli to młodzi mężczyźni, mieszkańcy okolic Warszawy, aresztowani i tym samym wyeliminowani z udziału w walkach powstańczych.

Trzymani w kazamatach do końca 1944 r., byli wykorzystywani do prac przy kopaniu umocnień oraz przy zacieraniu śladów zbrodni. W podziemnych korytarzach Fortu do naszych czasów zachował się napis mieszkańców Wołomina i Marek (dzielnica Struga) poświadczający te zdarzenia.

W tym czasie w Forcie przebywało od 400 do 500 więźniów, w tym jeńców radzieckich
i niemieckich dezerterów. Na przełomie grudnia 1944 r. i stycznia 1945 r. obóz został ewakuowany. Więźniów popędzono na zachód w kierunku Płońska i Płocka. Dalszy ich los jest nieznany.

Likwidacja obozu i ekshumacje ofiar

Gdy było wiadomo, że wojna nieuchronnie zakończy się klęską Niemców, ci zaczęli zacierać ślady i od 1944 r. ciała zmarłych lub pomordowanych więźniów wydobywali z dołów, sprowadzeni do tej pracy Żydzi. Brygada paląca zwłoki składała się z 16 Żydów. Grupa, o której mowa została do fortu sprowadzona w styczniu 1944 r.

Były więzień Jan Pytlak opowiadał o spotkaniu z Żydem, którego hitlerowcy zmusili do palenia zwłok więźniów: Pewnego razu z jednym ze wspomnianych wyżej Żydów nawiązałem rozmowę przy ubikacji. Zapytałem co oni robią w Pomiechówku, gdyż poza nimi w Pomiechówku innych Żydów nie było. Żyd (...) opowiadał mi, że on i pozostali Żydzi robią w Pomiechówku straszną robotę na zapleczu fortu. Następnie powiedział, że oni właśnie, pod nadzorem wachmanów SS, odkopują doły ze zwłokami zamordowanych przez Niemców więźniów, że zwłoki w dołach oblewają ropą i je palą, zaś doły już z prochami tylko ludzkimi zasypują na powrót ziemią (...). Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego od pewnego czasu siedzenia w celi nr 8, wciskał się do tej celi charakterystyczny, jakiś dziwny smród spalenizny.

Początkowo zwłoki palono w dołach. Później zaś zrobiono do tego procederu specjalny ruszt. Na ruszcie tym kładzione były ciała na przemian z warstwami drewna. Gotowy już stos oblewano benzyną i podpalano. Ciała pomordowanych płonęły dniem i nocą. Świadczył o tym unoszący się nad okolicą słodkawy i duszący dym.

Władysław Nagiel, który wraz z rodzicami mieszkał w czasie okupacji we wsi Stanisławowo znajdującej się w odległości około 300 metrów od zaplecza fortu opowiadał: Nie pamiętam dokładnej daty, ale chyba w styczniu lub w lutym 1944 r. mieszkańcy Stanisławowa zobaczyli pewnego dnia wieczorem, buchający z terenu fortu trzeciego ogień (...), później ogień przygasł, ale z terenu fortu zaczął się wydobywać duży dym o bardzo przykrym, mdławym zapachu. Dym ten snuł się przez wiele godzin i smród rozlegał się po okolicy. (...) Po tym wydarzeniu rozmawiałem z pracującymi przy wożeniu wody więźniami. Ci więźniowie powiedzieli mi, że na „Górce” fortu zostały spalone zwłoki zamordowanych tam uprzednio przez gestapowców wielu więźniów. Prochy spalonych rozsypywano w na całym terenie Fortu.

Po wyzwoleniu, w styczniu 1945 r. teren obozu przedstawiał straszliwy widok. Tak opisywała obóz Irena Janina Falkowska-Iglicka, żona Mateusza Falkowskiego, zamordowanego w Pomiechówku komendanta AK na powiat płocki, aresztowanego w Bodzanowie 18 września 1943 r.:

Gdy weszliśmy na teren fortu, na środku był plac, a dalej z boku była szubienica. Na całym tym placu przy forcie śniegu nie było, a jak pamiętam, był żółty piasek. Na tym piasku widoczne były kupki popiołu, a inni ludzie, którzy tam byli ze mną, mówili, że jest to popiół ze spalonych ciał ludzkich. Prawie na całym placu, a może nawet do połowy placu, płytko zakopywane były zwłoki ludzkie. W wielu miejscach wystawały z ziemi ręce, nogi, gdzie indziej plecy lub też części ubrania. W pewnym miejscu na ścianie fortu były duże drzwi, na których wymalowane były lwy, tygrysy. Weszłam z innymi przez te drzwi do wnętrza fortu i tam znajdowała się ciemna, duża izba. Na ścianach fortu były jakieś napisy, ale nie znalazłam tam nazwiska swego męża. Drugie drzwi prowadziły do wnętrza fortu. Niedaleko nich stała jakby grzęda dla kur, tj. drążek na dwóch palikach. Ludzie, którzy tam byli, mówili, że więźniów wyprowadzano i kazano im usiąść na tym drążku w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Mówiono też, że więźniowie z tego drążka spadali i byli zabijani. Już wewnątrz fortu weszliśmy do długiej sali. W jednej ze ścian tej sali znajdowały się wmurowane haki. Informowano nas, że więźniów wieszano na tych hakach z rękami związanymi do tyłu i byli tam bici przez funkcjonariuszy obozu. W tym miejscu była izba, w której podłoga była cementowa, o pochyłej nawierzchni. Informowano nas, że Niemcy wprowadzali tam więźniów boso, a następnie puszczali gorącą wodę. Byłam też w następnej sali, o kopulastym suficie. W rogach sufitu pozostały jakieś urządzenia elektryczne. Na środku sufitu odbity krwawy kształt człowieka. W miejscu głowy i pośladków wybite były wklęsłości. Od tego kształtu krwawobrunatnego były ślady ściekającej krwi koloru brunatnego. Była jeszcze w forcie studnia głębokości kilkunastu metrów, o średnicy 1 metra. Znajdowała się tam woda do pewnej wysokości. Informowano nas, że więźniów wpuszczano do tej zimnej wody i tam musieli przebywać przez pewien czas.

Nie jesteśmy dziś w stanie określić dokładnej liczby zamordowanych w Forcie więźniów. Szacuje się, że przez Fort mogło przejść ok. 50 tysięcy ludzi, z czego śmierć w Pomiechówku poniosło od 10 – do 12 tysięcy ludzi. Ginęli Polacy i Żydzi, żołnierze AK, NSZ, Batalionów Chłopskich i Gwardii Ludowej. Komuniści, ludowcy, narodowcy, inteligencja, księża i chłopi. Praktycznie na wszystkich większych cmentarzach północnego Mazowsza znajdują się mogiły ofiar Fortu III w Pomiechówku – w Przasnyszu, Mławie, Czernicach Borowych, Krzynowłodze Małej, Ciechanowie, Płońsku...

Powojenne ekshumacje

Pierwszym wójtem Pomiechówka po wyzwoleniu był Jerzy Kowalski. Jednym
z jego najważniejszych zadań było doprowadzenie do ekshumacji ofiar Fortu III. Wiązało się ono z ogromnymi oczekiwaniami społecznymi.

Ekshumacja odbyła się 20 kwietnia 1945 roku. Poprzedziła ją Msza Święta odprawiona wśród tłumów ludzi zgromadzonych na terenie Fortu. Następnie wyłapani z okolic niemieccy koloniści (przeważnie byli starsi ludzie, nie mający nic wspólnego ze zbrodniami) zaczęli odkopywać zbiorowe mogiły. Rodziny pomordowanych przybyłe z całego Mazowsza, rozpaczliwie szukały ciał swoich bliskich. Zidentyfikowane szczątki zostały zabrane  i przeniesione na mazowieckie cmentarze, w tym na cmentarz parafialny w Pomiechowie. Nierozpoznanych pochowano w wielkiej mogile na placu na terenie Fortu.

Wstrząsającą relację z ekshumacji grobu ofiar pomordowanych w dniu 30 lipca 1944 r. przekazała Helena Sarzycka: Byłam obecna przy czynnościach (...) Z dołu tego, wykopano 270 uprzednio zastrzelonych mężczyzn narodowości polskiej oraz 5 kobiet. Obok w mniejszym dole było zakopanych, zamordowanych przez hitlerowców 6 mężczyzn. Tych 6 mężczyzn miało na głowach założone worki i zawiązani byli drutem kolczastym. Tych sześciu mężczyzn to byli ci więźniowie, którzy według relacji naocznego świadka Gregorczyka, zmuszeni byli (...) zakopać do dużego dołu tych 275 więźniów.

W obawie przed epidemią zaniechano ekshumacji pozostałych mogił, których naliczono wówczas sześć. Po zakończeniu trwającej kilka dni ekshumacji, w kościele św. Anny odbyła się msza żałobna.

W dniu 17 listopada 1946 r. na terenie gminy Pomiechówek odbyła się kolejna ekshumacja – tym razem poległych nieznanych żołnierzy Wojska Polskiego z 1939 r. Przy tych czynnościach obecny był ówczesny wójt – Szczepan Orzechowski. Wszystkich żołnierzy pochowano w zbiorowej mogile na pomiechowskim cmentarzu, tuż przed mogiłą ofiar Fortu III.


Upamiętnienie

Fort III jest jednym wielkim cmentarzyskiem, miejscem cierpień i śmierci tysięcy ludzi. Śladów po tamtych czasach pozostało niewiele. Do naszych czasów zachowały się jedynie wyryte w ścianach, wstrząsające napisy więźniów proszących o ratunek. Na dziedzińcu Fortu kilka lat temu została oczyszczona z zarośli wielka zbiorowa mogiła, na której umieszczono trzy wielkie krzyże.

W dniu 7 maja 1972 r. w Pomiechówku odbyła się sesja popularno-naukowa poświęcona zbrodniom niemieckim w  Forcie III, pod nazwą „Pomiechówek oskarża”. Organizatorami sesji były Wojewódzki Komitet Wykonawczy PZPR, Okręgowa Komisja Badań Zbrodni Hitlerowskich
w Warszawie oraz Powiatowy Komitet Frontu Jedności Narodu w Nowym Dworze.

W dniu 24 września 1972 r. na placu przed szkołą w Pomiechówku odsłonięty został pomnik ku czci więźniów Pomiechówka. Na nim widnieje napis: Hołd i wieczna pamięć patriotom zamordowanym przez hitlerowskich faszystów. Uroczystość odsłonięcia pomnika zgromadziła duże rzesze ludzi. Twórcą pomnika jest artysta rzeźbiarz Antoni Ślęzak. W miejscowej szkole podstawowej zorganizowano wówczas Izbę Pamięci Narodowej.

Od 1952 r. do 2006 r. Fort III był składnicą amunicji Wojska Polskiego. Dziś stoi pusty, od marca 2008 r. jest wpisany do rejestru zabytków. Na szczęście, jest pilnowany przez służby ochrony, które zapobiegają jego dewastacji i rozkradaniu.


Więcej informacji na temat Fortu III w Pomiechówku znajdą Państwo w zakładce "Publikacje".